"this place doesn't exist anymore..."


Otóż miejsce, o którym mowa w tytule, rzeczywiście już nie istnieje (kopary zamieniły je na dziurę w ziemi). Właściwie ten fakt nie miał jakiegoś istotnego wpływu na muzykę. Ale gdy na jakimś spacerze, zdajesz sobie sprawę że naprawdę piekne miejsce "zostało rozmienione na drobne" przez włodarzy tego terenu (wywóz piachu w celach zarobkowych), wrażenie jest na tyle silne, że powoduje trwałe zmiany w podejściu do świata. Również na "twórczą dziedzinę życia". A ponieważ akurat mieliśmy zdjęcie tego miejsca sprzed katastrofy - oto i okładka.
Pierwszym utworem – w sensie powstania (bo na albumiku jest on nr 2)jest
“Dreams of a Snow Man”
Jest to delikatny utworek o wydźwięku sentymentalnym:) Chodzi o rodzaj refleksji, taki rodzaj który pojawia się kiedy patrzy się na np. tęczę: patrzy się i patrzy a przez małą chwilkę wszystko inne przestaje mieć znaczenie. Pierwotnie nosił on tytuł „Rainbow” i można powiedzieć że wziął się z takiego spoglądania na tęczę. I potem pojawiła się refleksja, że są pod tą tęczą miejsca, które kiedyś wyglądały zupełnie inaczej. Kiedyś, czyli zanim ktoś postanowił zrobić dziurę w ziemi. I tak powstał tytuł albumiku i jednocześnie jego okładka. I tu bardzo ważna rzecz: nie chodzi nam o jakąś krucjatę przeciwko „oprawcom przyrody”, lecz o zwykłe stwierdzenie faktu: tego miejsca już nie ma, bo „zostało rozmienione na drobne”. Potem pojawiły się 2 pozostałe utwory. Ale o tym już wkrótce, w kolejnym newsie.
„A Hazy Valley”
Tytuł wziął się raczej z nastroju samej muzyki. W ogóle to ostateczne tytuły nasze kawałki otrzymują jak już są zupełnie gotowe. Tym razem skojarzyło się jakoś z mglistą doliną, (może z samego rana:) kiedy to jeszcze nic nie widać, ale słychać i wiadomo, że dochodzące odgłosy nie wróżą niczego dobrego. Jest to jeden z nielicznych przypadków, kiedy to nie nadawaliśmy żadnych tytułów roboczych (przeważnie tak robimy – dla porządku po prostu). Właściwie trudno powiedzieć dlaczego – może ten tytuł faktycznie już wcześniej jakoś sam się nadał... Podczas tworzenia samej muzyki właściwie nie było żadnych „rozdroży” (co też w naszym przypadku jest rzadkością, o ile nie pierwszym przypadkiem:). Przeważnie bowiem jest tak, że przychodzi nam do głowy co najmniej kilka rozwiązań (np. rozwinięcia tematu). Tak jakby utwór sam się napisał, a myśmy go tylko nagrali. Ale podobno wielu wykonawców czasem spotyka się z takimi dziwami przyrody, więc chyba jednak jesteśmy zupełnie normalni:)
„End That’s Not The End”
Ostatni utwór z albumiku “this place doesn’t exist anymore…” – ostatni w sensie chronologii powstania jak i ostatni w kolejności. Jak łatwo zauważyć – początkowy temat został jakby zaimportowany z „Dreams of a Snow Man” . Trudno wyjaśnić dlaczego – po prostu już po skomponowaniu i częściowym nagraniu „Dreams...” doszliśmy do wniosku że „te nutki chcą iść jeszcze dalej” – więc po prostu pozwoliliśmy im iść:) Obiektywnie patrząc, utworek jest dość nierówny pod względem brzmienia – nagle w środku znikają gitary i przez chwilkę „mówi” sama sekcja – potem znów ścianka dźwięku. To też ciężko wytłumaczyć – właściwie nie kryje się tu żaden symbol. Możemy powiedzieć, że to rodzaj „zaczerpnięcia powietrza” przed końcem. Pewnie znów znajdą się tacy, którzy powiedzą że „tak się przecież nie komponuje” a my znów odpowiemy – „kompletnie się na tym nie znamy:)” Jeśli chodzi o tytuł to tym razem ciężko go uzasadnić. Właściwie wziął się z przeświadczenia że „to jeszcze nie koniec”. I może tyle na temat tytułu – jak zwykle proponujemy indywidualne interpretacje. Tak więc - „End That’s Not The End” trudno opisać w kilku prostych zdaniach, by nie wplątać się w zawiłe wyjaśnienia. Duże jest tu rzeczy, które ciężko oddać słowami. Po prostu trzeba posłuchać i „samodzielnie” ocenić czy nawet zaszufladkować.